O przekraczaniu swoich granic

Dzisiejszym wpisem chciałbym odejść nieco od tematyki programistycznej i skupić się na emocjach, które mogą towarzyszyć nam w życiu codziennym. Jako przykład posłuży mi moja niedawna podróż do Londynu.

Od zawsze miewałem tak, że nowe sytuacje, a zwłaszcza te „socjalne” sprawiały mi ogromną trudność na samym początku. Niektóre z nich przezwyciężałem dość szybko, np. pierwszą podróż samolotem (to jeszcze „świeża” sprawa), niektóre zaś do dziś są dla mnie ogromnym wysiłkiem, np. wystąpienia publiczne. Pewnie wielu z Was przyzna, że miewa podobne odczucia, ale zawsze wydawało mi się, że to ze mną jest coś nie tak i że jestem w tym odosobniony. W takich chwilach potrafię traktować świat jak największego wroga, który utrudnia moją spokojną wegetację. Ale tak oczywiście nie jest, po prostu zbyt panicznie reaguje na stres związany z pewnymi sprawami. I pewnie gdybym chciał to odizolowałbym się od tego wszystkiego i rzeczywiście życie byłoby dużo prostsze dla takiego „piwniczniaka” jak ostatnio lubię o sobie mówić. Ale czy byłbym szczęśliwszy? Gdzieś tam w tle ta natura odkrywania nowych rzeczy, poznawania ciekawych miejsc itp. dałaby w końcu o sobie znać. Cóż więc poradzić? Otóż trzeba z tym walczyć jeżeli chce się w życiu coś osiągnąć więcej. A jak to zrobić? Ryzykować! Wychodzić ze swojej strefy komfortu i próbować! Bo przecież nawet jeżeli się nie uda, nie będziesz miał pretensji do siebie, że nie spróbowałeś i obierzesz inną drogę.

Jeszcze kilka miesięcy temu pracowałem sobie w korporacji na cieplutkim krzesełku i powoli godziłem się z myślą, że skoro jest tak wygodnie to może warto byłoby tu zostać jeszcze i jeszcze i… nagle zdałem sobie sprawę, że nie widzę poważnego zagrożenia na horyzoncie, mianowicie zerowego rozwoju. Miałem wypracowaną silną pozycję, a projekt w którym uczestniczyłem przestał być już rozwijany w takim tempie jak na początku. Nic mnie już nie zaskakiwało. Czasem zniknął jakiś element interfejsu, gdy dobierali się do niego nowi programiści, ale szybko się takie sytuacje wyjaśniały. Na rynku pojawiały się nowe frameworki, React i Angular podzielili między sobą rynek nowych projektów, a ja fixowałem sobie w najlepsze moduły napisane w backbone.js. Gdy tylko jakiś rekruter informował mnie o nowej ofercie pracy na linkedin, dość sprawnie ową ofertę odrzucałem. W ten sposób rozleniwiłem się okrutnie i znalazłem się w pewnej otchłani, gdzie z jednej strony chciałem spróbować czegoś nowego, z drugiej zaś nie chciałem podejmować wysiłku, bo przecież było tak wygodnie.

Pewnego pięknego dnia postanowiłem w końcu się ogarnąć i przejrzeć oferty, które wysyłają do mnie rekruterzy. W ten sposób przeszedłem kilka rozmów kwalifikacyjnych i mogłem zorientować się jakie są warunki na rynku pracy. Oczywiście kosztowało mnie to trochę wysiłku, ale nie aż tyle jak mógłbym się spodziewać. Pewnie inaczej bym do tego podchodził gdybym nie miał w ogóle pracy i musiałbym coś szybko znaleźć. Ja miałem czas. Mogłem się spokojnie rozglądać za czymś interesującym, a przy tym odświeżać wiedzę i nawet ją poszerzać, bo przecież celowałem w nowe frameworki. W końcu pojawiła się oferta na tyle ciekawa, że zacząłem z nią wiązać nadzieję po pokonaniu pierwszej rozmowy. No i udało się choć łatwo nie było, bo oprócz samej rozmowy było także zadanie.
I wiecie co? Żałuję, że ta zmiana odbyła się tak późno, czasu nikt mi już nie zwróci. Żałuję, że zdecydowałem się zmienić otaczającą mnie szarą i nudną rzeczywistość dopiero po roku nudnej wegetacji. To dla mnie świetna nauczka na przyszłość, aby bardziej szanować swój czas.

No dobra Paweł, ale co z tym wspólnego ma Londyn o którym wspomniałeś na początku? Otóż w nowej pracy dostałem propozycję wyjazdu do Londynu na tydzień, aby poznać ludzi z którymi przyjdzie mi współpracować. Na początku bez większego zastanowienia zgodziłem się na tą propozycję, ale im bliżej wyjazdu tym coraz mocniej odczuwałem stres. Strach pojawił się z dwóch powodów: po pierwsze nigdy wcześniej nie latałem, po drugie zawsze dopada mnie ogromny stres gdy przychodzi mi porozmawiać po angielsku. Im bliżej mojej wycieczki tym noce stawały się trudniejsze i miałem nawet chęć wycofać się z tego. Wyobrażałem sobie siebie jako osobę kompletnie niezdolną do komunikacji i miałem nawet kilka koszmarów sennych, które przedstawiały mi wizje mojej porażki. Mimo wszystko towarzyszyła mi także pewna ekscytacja i to ona spowodowała, że pewna część mnie nie mogła się już tej podróży doczekać.

Nadszedł w końcu dzień wylotu i sprawdzian tego czy sobie ze wszystkim poradzę. Najpierw na lotnisku odprawa bagażowa, przejście przez bramki i w końcu wchodziłem schodkami do samolotu. Efekt startu zapamiętam na pewno na długo. Lekkie zdenerwowanie pojawiło się gdy widziałem w oknie oddalający się ląd. Ale tak poza tym było świetnie! No ok, miejsca nie było zbyt dużo w tym Ryanairze i dąsałem pod nosem, że nawet w autobusach jest wygodniej, ale nie było tak źle. Lądowanie również bez najmniejszych problemów i mogłem zadzwonić do narzeczonej, że żyję! Potem przejście graniczne na lotnisku i pierwszy kontakt z native speakerem. Obyło się bez trudności i mogłem wyruszyć do hotelu.

Następny dzień był dla mnie momentem kulminacyjnym, bo przecież nie pojechałem tam zwiedzać tylko rozmawiać z zespołem. Bałem się, że nie zrozumiem niczego, bo przecież mówią niedbale, bo za szybko, bo też mają slangi, bo bo bo. I oczywiście łatwo nie było, ale rozumiałem sens tego co chcą mi przekazać. Nie potrzebowałem znać każdego ze słów, które wypowiadali, miałem zrozumieć ich przesłanie i tak właśnie było. Już po godzinie spędzonej w biurze miałem test bojowy, ponieważ zapomniałem z hotelu zabrać przejściówkę na ich złącze angielskie. Wskazano mi sklep i posłano mnie do niego od razu. I znów sobie poradziłem! Hura!!!
Wybaczcie moją ekscytację, z pewnością dla kogoś kto miał więcej niż 2 lata angielskiego w szkole, dla człowieka obytego w różnych miejscach jest to sytuacja trywialna, ale dla mnie to było coś! Zagadać do ekspedientki, zapytać gdzie są adaptery i poprosić o wytłumaczenie jak płacić w ichniejszych kasach samoobsługowych. Od razu poczułem się pewniej.

Paweł Ochota w Londynie!

Kolejne dni mijały na spotkaniach, a ja z dnia na dzień czułem się coraz lepiej i pewniej. Nie bałem się już, że ktoś się do mnie odezwie, a ja nie będę wiedział co zrobić. Jednak nie zawsze jest tak źle, jak może się wydawać. Miałem okazję dowiedzieć się jak postrzegają nasz kraj, popytać jak u nich wygląda sytuacja polityczna itp. Oczywiście o technologiach też pogadaliśmy, jak to my programiści mamy w zwyczaju. Będę tych ludzi i ten wyjazd wspominał jeszcze przez długi czas.

Tak strasznie bym żałował gdybym nie poleciał. Teraz mam nowe wspomnienia i mnóstwo historii do opowiedzenia znajomym. Gdy tylko nadarzy się okazja to wybiorę się w kolejną taką podróż, bo świetnie jest wymienić doświadczenia z kimś z daleka.

Mam nadzieję, że nie wyszedł mi z tego posta żaden #gównowpis, nie miałem też zamiaru bawić się w „kołczing”. Po prostu chciałem podzielić się przemyśleniami, bo na pewno gdzieś tam znajdują się osoby podobne z charakteru do mnie, które boją się podejmować ryzyka. Nie wstydźcie się, bo sama chęć zmiany jest już czymś zajebistym. Mógłbym tutaj rzucić jakimś cytatem odnośnie zmian w życiu, ale na pewno już słyszeliście takich setki. Tylko, że dopiero po czasie do człowieka dociera, że coś w tym jest. Cya!