Bądź dobry w tym co robisz, ale pamiętaj o cenie

Czytam ostatnio różne artykuły o pokoleniu programistów, którzy nie chcą się rozwijać, którzy idą po linii najmniejszego oporu i o ich krytyce. Ale czy rzeczywiście tak jest i czy nie patrzymy na wszystko nieco „binarnie”?

Wiecie, panoszę się już na tym świecie 28 lat, ale dopiero od niedawna nauczyłem się sobie wybaczać. Uważam się za perfekcjonistę, który nie chce napisać byle czego byleby mieć spokój na pewien czas. I udziela mi się to nie tylko w programowaniu. Gdy wybieram jakiś sprzęt, wpierw czytam jakie cechy powinien mieć dobry produkt z danej kategorii, szukam opinii i recenzji, zwracam uwagę na wady etc. Doprowadzam się do bycia ekspertem w danej dziedzinie dosłownie na chwilę. Na ten jeden moment w którym dodam dany produkt do koszyka i zapłacę za niego. Oczywiście jeżeli trafiłem z wyborem to satysfakcja jest ogromna, ale często te całe „pożeranie” informacji kosztuje mnie zbyt wiele czasu, który przecież mógłbym jeszcze inaczej spożytkować. Podobnie mam z wyborem wycieczki, hotelu, pisaniem tekstów etc. I jest to pewien rodzaj poświęcenia na który się godzę. To poświęcenie przybywa do mnie z niezwykłą cierpliwością, której znów brakuje mi w życiu codziennym, ponad światem cyfrowym. Gdy ubzduram sobie, że może warto by pobiegać, bo to dobre dla zdrowia, bo wszyscy teraz biegają, to bardzo szybko zaczynam się zniechęcać. Dlaczego? Bo w takich przypadkach rezultatu oczekuję natychmiast. Ledwo wlokę nogę za nogą, zalany potem łapczywie łapię oddech i zaczyna się hejtowanie. Jakie to bieganie jest beznadziejne! Na cholerę to komu? Czy tym ludziom się nudzi, że to robią?!

Ale w końcu nauczyłem się sobie wybaczać. Dojrzałem do tego choć wydawało mi się, że moja racja jest najważniejsza. Rozumiem teraz, że skoro nie ćwiczę regularnie to kondycje mam słabą i po prostu pewnych rzeczy nie przeskoczę od razu. Tak samo jest z angielskim, przecież to nie jest mój język ojczysty, nie urodziłem się z tym, więc to oczywiste, że tylko praktyka może mi pomóc. I to nie jeden raz czy drugi, ale muszę się temu poświęcić! Muszę ukroić kawałek tygodnia i ćwiczyć. Na pewno znajdą się geniusze, albo osoby mające talent i predyspozycje by poświęcić mniej i dojdą do tego samego co ja. No ale cóż, takie jest życie i każdy rodzi się z zestawem innych predyspozycji. I nawet jeśli nie osiągnie się ideału, to można się do niego zbliżać, choćby małymi krokami.

A teraz wróćmy do pracy. Uwielbiam to co robię. Jestem szczęśliwy, że praca stała się się moją pasją i że mogę każdego dnia rozwiązywać ciekawe problemy i pomagać innym. Ale jestem na tyle wyrozumiały, że potrafię sobie wyobrazić ludzi, którzy na podobnych stanowiskach po prostu robią swoje. Nie krytykuję ich, są mi błogo obojętni. I tyle. Bez błysku w oczach, bez ślęczenia nad super wydajnymi rozwiązaniami, bez większego zainteresowania tym co aktualnie dzieje się w naszej branży. Osoby, które nawet do najprostszych rzeczy potrzebują frameworka, dla których wyłączenie stackoverflow’a byłoby końcem kariery. I oczywiście takie osoby mogą nam podnieść ciśnienie, gdy dowiadujemy się, że ten czy ta znowu się prześlizgnęła na lepsze stanowisko, do innej firmy itp. Ale czy rzeczywiście warto tracić czas i poświęcać własną energię na przejmowaniu się tym? Czy warto osądzać takich ludzi i próbować na siłę zmieniać świat na lepsze? Moim zdaniem nie warto. Ale myślę, że powinno się być nieco wyrozumiałym. Czy wszyscy muszą kochać to co robią? Czy muszą się temu poświęcać?

Każdy z nas ma inną sytuację życiową i inne priorytety. Niektórzy będą chcieli robić karierę, inni chcą poświęcić się rodzinie, a jeszcze inni potrzebują tylko świętego spokoju. Dla kogoś praca może być po prostu 8-godzinnym ślęczeniem nad czymś co po prostu musi zrobić i tyle. Nie musi być w tym nawet większych emocji. Zrobić swoje, wrócić do domu, przytulić mocno swojego partnera życiowego i cieszyć się zupełnie innymi aspektami. Może sytuacja materialna zmusiła ich do podjęcia takiej czy innej pracy i muszą się zmuszać, zacisnąć zęby i wytrzymać ten trudny okres. Może błądzą myślami po ostatniej imprezie, a już piąteczek tuż tuż, zrobić swoje i się rozerwać znów. Nie bronię oczywiście totalnych nierobów, ale staram się pokazać, że każdy skutek ma swój początek w jakiejś przyczynie.

Aby być w czymś dobrym, lepszym, trzeba poświęcić swój czas na praktykowaniu danego zagadnienia. A jeżeli to w czym się szkolisz sprawia Ci przyjemność to tylko pozazdrościć. Trzeba tylko uważać żeby się w pewnym sensie nie zatracić. Bo przecież z pracy trzeba kiedyś wyjść prawda? A jeżeli praca siedzi w Tobie to rzeczywistość jest jakby bladsza, staje się tłem dla rozmyślania. Sam przyłapałem się ostatnio na tym, że cena mojej pasji może być wysoka. W pracy zostałem trochę dłużej, bo chciałem oddać swoją funkcjonalność przetestowaną jak należy. Po powrocie zjadłem obiad i ponownie usiadłem do kompa, bo przecież jest konkurs i trzeba zrobić konkretny wpis. A czy nie miałem jeszcze zlecenia w planach? I chyba jeszcze coś na angielski trzeba było przygotować…. Godzina 22:00, moja partnerka smutna położyła się do snu, a ja oświetlony blaskiem monitora czułem się z tym na prawdę źle. Jasne, że warto robić coś ponad standard jeżeli chce się rozwijać, ale trzeba pamiętać o tym co tak na prawdę jest dla każdego z nas ważne.

Na zakończenie ponownie chciałbym napisać abyśmy pochopnie nie oceniali innych. Jeżeli wkurza Cię podejście kogoś, po prostu porozmawiaj z tą osobą, może będziesz w stanie jej pomóc. Nie każdy ma aspiracje aby być geniuszem. Mało tego, sporej rzeszy ludzi wystarczy zupełna przeciętność! Ale czy bycie przeciętnym przekreśla nam drogę do szczęścia? Jasne, że nie! Jeżeli masz szansę robić to co kochasz to spróbuj tego. Jeżeli nie, skup się na tym co dla Ciebie ważne. Życie jest nieustanną przeplatanką wyborów, a naszym zadaniem jest wybieranie mniejszego zła. Jeżeli masz taką możliwość, to bądź przygotowany ze swoim planem B na życie. Ułatwi Ci to podejmowanie decyzji i będziesz czuł się pewnie.
Nie przekreślajmy bujających w obłokach juniorów (których podejście czasem działa na nerwy) bo często rozmawia się z nimi lepiej niż z niejednym zadufanym w sobie pryncypałem.

I czasem sobie tak myślę, że chyba dobrze jest być szczęśliwym przeciętniakiem, który gdzieś tam realizuje swój plan, ale przed oczami ma to co najważniejsze.